26083
Książka
W koszyku
Gra na zwłokę / Janusz Anderman. - Kraków : Literackie, 1979. - 107, [1] s. ; 20 cm.
Skrót nazwy pewnej mało wytwornej choroby z grubsza oznacza stan beznadziejności połączony z frustracją i nutą odrazy. Lud polski obdarowany komunizmem w lot wyczuwał możliwości stosowania tego poręcznego zaklęcia. Syf to były kolejki po pasztetówkę, urzędnicze chamstwo, nowomowne gazety, propaganda telewizyjna, stołówka zakładowa, a nawet pogoda - zawsze syfiasta. Stan permanentnego syfu stał się, zwłaszcza w latach 70., ulubionym pożywieniem wielu pisarzy, bo syf miał dodatkową zaletę: cenzura bywała wobec niego bezradna, jako że pojęciowo był zbyt szeroki. Z jednej strony tworzył idealną metaforę Peerelu, z drugiej - dawał nieograniczone pole do aluzyjnych zabaw. W starszym pokoleniu specem od syfu był Marek Nowakowski. W moim - Janusz Anderman. Pierwsza jego powieść "Zabawa w głuchy telefon" (1976) była cudnie ohydna i dawała szanse utaplania się w paskudzie po uszy. Ale nic to przy drugiej, "Grze na zwłokę" (1979), której wznowienie właśnie się ukazało. Jej bohater nie ma imienia, co już symptomatyczne. Aktualnie pracuje w redakcji dosyć dziwnej gazety, z innych prac i mieszkań go wyrzucano. Jego egzystencja polega głównie na włóczeniu się z miejsca na miejsce w poszukiwaniu traconego czasu. Rzecz dzieje się w ciągu kilku dni i nocy, nieustannie pada deszcz, bohater jest przemoknięty, niedospany i na okrągło na bani, bo koszmar życia najprościej zagłuszyć flaszką, co czyni zresztą większość pozostałych postaci książki pędzących równie beznadziejny żywot. Gdzie nie tknąć, wszędzie nietrzeźwi dewianci, kurwy i abnegaci. "Gra na zwłokę" jest gorzką parodią i "Kandyda", i "Ulissesa", i "Pod wulkanem", i wszystkich wspaniałych powieści o wędrówce przez parszywy świat; wszystko, łącznie z bohaterem, skarlało znijaczone przez socjalrealizm. Znakomity jest, jak zawsze u Andermana, język. I ten rewelacyjny chwyt narracyjny - opowieść bohatera w pierwszej osobie przeplatana jest relacją w typowej dla sprawozdań śledczych formie bezosobowej: "Widziano go, jak wchodził...". Wszak to czasy, w których węszenie, śledzenie i podsłuchiwanie było syndromem epoki równie oczywistym jak oddawanie paszportu na milicję czy talon na "malucha". Zalecałbym tę lekturę jako obowiązkową dla wszystkich malkontentów III Rzeczypospolitej. A na marginesie: Andermanowi do dziś zostało widzenie świata w kategoriach syfu.
Status dostępności:
Wypożyczalnia Łysa Góra
O dostępność zapytaj w bibliotece: sygn. 821.162.1-3 (1 egz.)
Recenzje:
Pozycja została dodana do koszyka. Jeśli nie wiesz, do czego służy koszyk, kliknij tutaj, aby poznać szczegóły.
Nie pokazuj tego więcej